Skip to content

Piesek

Spotykasz w klubie typa i już nie możesz przestać o nim myśleć. Tylko co zrobisz, jeśli okaże się, że ten fajny koleś lubi bawić się dużo ostrzej, niż mógłbyś przypuszczać?

Nie wiem co mnie podkusiło.
W jednej chwili byłem w klubie, tańczyłem do kiepskiego techno, ocierałem się o spocone, półnagie ciała chłopców, a w drugiej byłem tu, na ulicy. Czaiłem się za śmietnikami, drzewami, zaparkowanymi autami, śledząc Go jak domorosły detektyw.
Nie spieszył się. Kroczył pustymi nocnymi ulicami jak Pan i Władca. Do tego krzyczał do telefonu, wyraźnie z czegoś niezadowolony. Nie odważyłem się jednak podejść zbyt blisko, by słyszeć co mówi. Udawało mi się tylko złowić czasem jakieś „kurwa” albo „chuj mnie to obchodzi”.
Przez cały czas, od samego klubu, miałem lekką erekcję. Podniecała mnie ta cała zabawa, podniecał mnie fakt, że On nic nie wie.
Sięgnął do kieszeni kurtki i coś zadzwoniło. Klucze. A więc był u kresu swojego nocnego spaceru, docierał już chyba do siebie. 
Skręciłem za nim w alejkę między blokami i ukryty za półciężarówką obserwowałem jak znika w bramie. 
Rozejrzałem się. Było zimno i ciemno, wiatr ponuro wył między budynkami z wielkiej płyty. Ani żywej duszy.
Co dalej? Po co w ogóle to robiłem? Co mnie skłoniło do tego szaleństwa? Odpowiedź tkwiła w moich bokserkach. Poza tym, od pierwszej chwili wiedziałem, że to się tak skończy. Gdy tylko go zobaczyłem. Gdy wszedł do gejklubu.
Paliłem ze znajomym papierosa przy wejściu, kiedy podjechała taksówka i wyszedł z niej On. Wysoki, szczupły, o ostrych rysach twarzy. Miał piękną, gładką cerę młodzieńca, mógł mieć z 25 lat, zero zarostu, krótkie włosy schowane pod snapbackiem. Nie był żadnym pseudoskejtem, po prostu świetnie się ubierał. Gdy mnie mijał, rzucił mi ulotne spojrzenie, takie jakie się rzuca ludziom w autobusie. A ja nie mogłem oderwać od niego wzroku. Obserwowałem jego plecy i czarne vansy aż do chwili, gdy zniknął w klubie. Czy był gejem, czy przyszedł dla beki?
– Idę, starczy fajek – pożegnałem się z towarzyszem, który miał zapewne nadzieję mnie poderwać, a teraz te nadzieje prysły jak bańka mydlana.
Wszedłem do tłocznego, głośnego wnętrza, ale nie miałem szans tak po prostu odnaleźć go w tłumie. Nie było po nim śladu. Wpadłem w lekką panikę – a co, jeśli już go nie znajdę?
Zrobiłem dwa okrążenia po całym klubie i choć kilku przystojniaków wyraźnie się do mnie uśmiechnęło, to żaden z nich nie był Tym przystojniakiem. Nie mieli tak zniewalającego spojrzenia. Nie mieli oczu skurwysyna, które jeszcze kilka minut temu mnie egzaminowały.
Przy trzecim okrążeniu zatrzymałem się przy barze, bo zdążyłem już prawie zupełnie wytrzeźwieć.
Oparłem się o ladę, zmęczony, i obserwowałem jak barman przygotowuje jakiś wymyślny drink. Używał syropów, soku z limonki, cytryn, dużej ilości lodu, a na koniec wetknął parasolkę. Co za facet zamawia takie drinki? – pomyślałem z odrazą. Barman przekazał to kuriozum brzuchatemu łysolowi w dresie. No pięknie, też mi samiec alfa. 
Gdy w końcu barman zainteresował się mną, zamówiłem piwo.
-Lane? Butelka? – zapytał.
-Nalej mi Jamesona – usłyszałem beznamiętne słowa z lewej, odruchowo się odwróciłem i zamarłem. To był On. Stał prosto przy ladzie, wyższy ode mnie o głowę, spokojny, wyraźnie znudzony. Wyglądał jakby w ogóle nie interesowały go spojrzenia chłopaków wokół, niemal się śliniących. On tylko chciał swoje whisky, był ponad lane piwa i napalonych idiotów.
Barman oczywiście zignorował mnie i najpierw obsłużył jego. Dopiero potem przypomniał sobie o moim istnieniu.
-Lane czy butelka? – rzucił znudzony.

Odnalazłem go, kiedy wyszedłem zapalić. Oparł się o murek i spokojnie raczył się dymem. Patrzył gdzieś na odległą kamicę, udając że nie widzi ukradkowych spojrzeń kolesi wokół. Albo i nie udawał, może przywykł i nie robiło to już na nim żadnego wrażenia.
Starałem się być nonszalancki. Oparłem się o murek obok niego i wyciągnąłem swoje camele.
-Masz ognia? – zapytałem, chociaż, miałem w kieszeni dwie zapalniczki.
Bez słowa podał mi paczkę zapałek, nawet nie patrząc kto pytał.
-Dzięki – oddałem. 
Zostało mu pół fajki, a ja nie miałem pojęcia jak zagadać. Kurwa mać, przecież nie jestem brzydki, mam niezłe powodzenie, nie jestem też głupi, umiem prowadzić rozmowę. Ale przy nim się zacinałem.
-Źle się bawisz? – spróbowałem.
Spojrzał na mnie i chyba lekko się uśmiechnął, albo tylko mi się wydawało.
-Czemu tak myślisz? – zapytał.
Pod jego spojrzeniem topniałem jak lód na patelni, albo jakoś tak.
-Bo tak wyglądasz. Jakbyś się nudził – wyjaśniłem.
-Może dlatego że rozmawiam z kimś nudnym? – odpyskował i wrócił do podziwiania kamienicy.
Nie byłem przygotowany na taki atak, chociaż mogłem się przecież spodziewać, że nie będzie łatwo.
-Nie jestem nudny – zaprotestowałem jak dziecko.
-Jasne, na pewno w swoim mniemaniu jesteś bardzo ciekawy, młody – zaśmiał się i rzucił mi kiepa pod nogi, a sekundę później wrócił do środka.
Zostałem sam ze sobą i kilkoma innymi palaczami wokół. Śmiali się ze mnie, wiedziałem. Bardzo kurwa śmieszne, myślałem. Jeszcze zobaczymy.

Postanowiłem że najprościej będzie na niego polować przy wyjściu, bo przecież wychodził zapalić. w międzyczasie zaczepiło mnie dwóch chłopaków, Jeden żalił się na życie i swoje niedawne rozstanie, a drugi po prostu zapytał czy nie mam ochoty wpaść do niego na wino. Wino, jasne. Był miły i przystojny, ale nie był Nim. Nie miał szans, nie tego wieczoru.
W końcu pojawił się On. Oparł się o barierkę dokładnie w tym samym miejscu co poprzednio. Tym razem podszedłem przygotowany.
-Masz ognia?
Zdziwił się, ale podał mi zapałki.
-Przyszedłeś sam? – zagadałem szybko.
-Sam – odparł. I tyle z niego wyciągnąłem.
-Ja też. Tylko z tobą udało mi się pogadać.
-Przed chwilą rozmawiałeś z jakimś blondasem, kłamliwa suczko – zauważył.
-Suczko? – powtórzyłem.
-Coś nie pasi? – niemal warknął.
-Bardzo pasi… – przyznałem. Kurwa, chyba jestem łatwy.
-Lubisz być suką? – zapytał bez ceregieli.
Zatkało mnie. Znowu.
-Nie… to znaczy chyba, na razie nie miałem…
Nie dał mi dokończyć. Jedną ręką złapał mnie za szyję, mocno, ale nie brutalnie. Drugą zamknął mi na jajach, dość boleśnie, ale i zaskakująco przyjemnie. Patrzył mi prosto w oczy, a sam miał spojrzenie zimne jak lód.
-No, lubisz być suką? – powtórzył.
Nie byłem w stanie wykrztusić ani słowa.
-Na razie – rzucił we mnie kiepem i poszedł. Nie do klubu, wręcz przeciwnie. 
Po prostu sobie polazł, a ja patrzyłem, jak się oddala.
Zostałem sam z tym jego kiepem i mogłem wrócić do blondasa, bawić się, wypić trochę więcej, albo…
Albo pójść za nim. I tak też zrobiłem.

Stałem pod bramą, obserwując okna. Na drugim piętrze zapaliło się światło. A więc to tam mieszkał mój obiekt „westchnień”. Co teraz? Jak się tam dostać i przede wszystkim, po co?
Podbiegłem do domofonu, rozglądając się jak niedorobiony szpieg i wcisnąłem wszystkie guziki jak leci. Rozległ się szum, odezwało się kilka głosów, a potem ktoś otworzył drzwi bramy.
Według moich obliczeń, mieszkał na drugim piętrze po prawej stronie.
Mieszkanie 76. Ciemne dębowe drzwi. 
Serce waliło mi jak młot, ale było za późno na odwrót. Zapukałem.
Otworzył od razu. Wychylił się zdziwiony, nie zdążył zdjąć czapeczki ani vansów.
-Co jest? – zdziwił się.
-Cześć, masz ognia? – zapajacowałem.
-Pojebało cię? Skąd się tu wziąłeś? … szedłeś ze mną?
Nie odpowiedziałem, i tak wiedział że ma rację.
Rozejrzał się, jakby bał się sąsiadów, a potem dokładnie mnie sobie obejrzał.
-Czego chcesz?
-Ja… – ledwie mogłem mówić.
-Co ty?
-Ja…chcę być suczką.
I znów ten cień uśmiech na jego twarzy.
-Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną drzwi.
W środku było przyjemnie ciepło, leciał cichy jazz. Kurtka wisiała na wieszaku, w kuchni coś się gotowało.
-Tłumacz się – nakazał, stojąc nade mną. Silny, męski, piękny.
-Pytałeś, czy lubię. Nie wiem, bo nie próbowałem, ale chcę spróbować – mówiłem najszybciej jak mogłem, bojąc się, że zaraz się rozmyśli i mnie wyrzuci.
-Chcesz to robić teraz? – nie dowierzał.
-Tak.
Zaśmiał się.
-Nie nadajesz się – ocenił.
-Dam radę! Przetestuj mnie – chciałem brzmieć stanowczo, a wyszło błaganie.
-Wypierdalaj – jęknął, pokazując mi drzwi.
-Nie! Proszę. To znaczy, błagam – poprawiłem się.
-Od razu lepiej – uśmiechnął się – Jesteś pewien, że potrafisz służyć?
-Tak.
-Na kolana – szczeknął komendę. Posłusznie padłem na ziemię.
-Wiesz, że nie ma odwrotu? Jeśli zaczniemy, będziesz musiał zrobić i wytrzymać wszystko. Rozumiesz, pizdo?
-Tak.
-Masz mówić „tak jest, Panie”. Zrozumiano?
-Tak jest, Panie – dukałem jak automat, trochę w szoku, a trochę podniecony nieoczekiwanym zwrotem akcji.
-Tam jest sypialnia, czekaj tam w samych bokserkach, suczko.
Posłusznie poszedłem, trochę rozbawiony tym jego graniem. Nie miałem takich doświadczeń i zawsze wydawały mi się nieco odjechane. Usiadłem na skraju dużego łóżka i czekałem na niego. Czego właściwie się spodziewałem? Że pogadamy przy lampce wina, że będzie z tego płomienny romans? Cholera wie. Może powinienem po prostu dać sobie spokój i iść do domu?
-Co jest? – przerwał mi refleksję, stojąc w progu – Czemu nie jesteś rozebrany?
-Słuchaj – wstałem – To chyba nie dla mnie. Nie myślałem, że ty lubisz takie rzeczy, a ja…
– A ty co? – warknął, stojąc już nade mną. Wbijał we mnie swoje lodowate oczy.
-To nie dla mnie, chyba – odparłem.
-Przed chwilą się zgodziłeś. Za późno.
-Nieee, sorry, ale chyba spadam… – migałem się.
-Rozumiem – odparł chłodno – Nie chcesz chociaż possać na odchodne? -wysilił się na zawadiacki uśmiech.
-E…. 
Nie czekał. Rozpiął spodnie i ukazały mi się białe bokserki, chowające wyraźnie wielkie wybrzuszenie. Spojrzałem mu w oczy i znalazłem tam dokładnie to, czego szukałem. 
Klęknąłem. Zacząłem zabawiać się jego bokserkami, dotykać ich, lizać, całować, czując jak kształt pod nimi rośnie. Zaciągałem się silnym, męskim zapachem.
W końcu go uwolniłem i stanęła przede mną ogromna pyta, w każdym razie ogromna jak na moje doświadczenia. 
-Zmieścisz go w buzi, suczko? – zapytał retorycznie, bo od razu złapał mnie za włosy i po prostu na niego nadział. Wepchnął aż po gardło, ostro i brutalnie, dławiąc mnie. Ale potem sam włożyłem go sobie w usta i starałem się zapakować tak głęboko, jak potrafię.
-Świeeetnie, suczko – doceniał moje wysiłki.
Pozwolił mi się tak bawić przed kilka minut, aż jego drąg stwardniał na dobre. 
-Rozbierz się i połóż na łóżku – nakazał. Moje wcześniejsze opory gdzieś się ulotniły, chciałem tego, czego chciał On.
Posłusznie zrzuciłem z siebie wszystkie ubrania i stanąłem przed nim nagi.
Zaśmiał się.
-Ty to nazywasz chujem? To małe coś? Co za ciota… kładź się.
Upokorzony, padłem na plecy. On tymczasem rozebrał się powoli do naga. Miał świetnie wyrzeźbioną klatę, ramiona i brzuch. Był na pewno wiele silniejszy ode mnie, co tylko mnie dodatkowo nakręciło.
Usiadł mi na klacie okrakiem, podsuwając sterczącego kutasa prosto pod usta. Na razie bestia spokojnie wylegiwała mi się przy twarzy. Ułożył mi ręce nad głową i przytrzymał, żebym nie mógł się wyrwać. A potem wjechał mi w gardło, powolnym, płynnym ruchem. 
Zadławił mnie, z oczu poleciały łzy, ale nie mogłem walczyć. Trzymał mnie za mocno, przytłaczał ciężarem swojego ciała. Byłem jego zdobyczą, tak jak sobie to wymarzył.
Wysunął mi się z ust i spojrzał triumfalnie.
-Podoba ci się? – zapytał niemal czule.
-Tak – odparłem krótko, łamiącym się głosem.
-Otwórz mordę, szeroko.
Zrobiłem to, a on napluł mi prosto w usta. Połknąłem, ku jego wyraźnej satysfakcji.
Nachylił się nade mną i zaczął szeptać do ucha.
-Będziesz moją własnością. Będę się tobą bawił tak jak lubię, a ty nic na to nie poradzisz. Rozumiesz?
-Tak… tak jest, Panie.
-O, suka się uczy. Jesteś gotów?
-Na co?
-Na tresurę, chuju – odparł, jakby to było zupełnie oczywiste.
-Nie, ja nie…
Strzelił mi liścia w twarz, ostro i bez ostrzeżenia.
Ból mieszał się  przyjemnością. Poniżał mnie, pozbawiał wszelkich praw i wyborów.
-Nie odmawiasz mi, rozumiesz?
-Tak, Panie.
-Bardzo ładnie. Jeśli spróbujesz się sprzeciwić, dostaniesz po ryju, albo ci wpierdolę. Rozumiesz? Nie takie gówna jak ty przekopałem.
-Tak Panie – przełknąłem ślinę. Kutas stał mi na baczność, już cały mokry.
Kim był ten typ? Bałem się go, ale i podniecał mnie do granic możliwości. Jak to w ogóle możliwe?
-Pamiętaj, mówię to ostatni raz – pouczył mnie – Jakikolwiek sprzeciw i zostaniesz ukarany. Surowo. Jasne?
-Tak Panie – powtarzałem nowo wyuczoną formułkę.
Podsunął mi znowu pod usta swoje monstrum.
-Ssij – nakazał krótko.
Od razu ochoczo zabrałem się do polerowania mu żołędzi, oblizywania, ssania. Pakowałem go do ryja jakby od tego zależało moje życie, tak bardzo chciałem go zadowolić. Syczał cicho więc chyba mi się udawało.
Złapał mnie za włosy i dopychał mnie głębiej, brutalniej. Jęczał przy tym, pełen ekstazy.
I nagle się spuścił, prosto w gardło. Poczułem jak we mnie leci. Nie mógł przestać. Nie… On…
Próbowałem się wyrwać, ale teraz trzymał mnie za głowę obiema rękoma i nie pozwolił na to, trzymał mnie jak w imadle, szarpiąc włosy, odlewając mi się prosto do gardła. Byłem zmuszony połykać jego szyczyny.
A potem nagle puścił i uwolniwszy się złapałem głęboki oddech. Kilka kropel pociekło na kołdrę.
-Mam tego więcej  – ucieszył się – Otwieraj ryj, pizdo.
Nigdy wcześniej nawet nie sądziłem, że przeżyje coś takiego. Brutalnie się we mnie wyszczał, jakbym był jego kiblem, własnością. I spodobało mi się….
Otworzyłem posłusznie usta, a on zaczął szczać, celując perfekcyjnie prosto we mnie. Połykałem chciwie każdą kroplę, chcąc tylko więcej i więcej. Na koniec większość strumienia poleciała mi po twarzy i zaszczypały mnie oczy.
-Jak ci się podoba bycie klopem swojego Pana, co?
-Bardzo Panie – potwierdziłem gorliwie.
-Byłeś już czyimś kiblem?
-Nie, Panie.
-Zajebiście, trafił mi się świeżak. No to ci pokaże, co to znaczy być cwelem. 
Pokaże? Przecież właśnie to zrobił… Przebiegły mnie dreszcze strachu.
-Jesteś całkiem grzeczny więc dam ci wybór. Jest coś, czego chciałbyś spróbować?
Stanął przed łóżkiem, uśmiechnięty, niemal przyjazny, zupełnie jakby przed chwilą nie uczynił ze mnie swojej zabawki. Jego kutas prężył się do góry, domagając się ust.
-Nie wiem, Panie. Nie robiłem nigdy czegoś takiego. Może…
-Może co, suko? – uśmiech nagle znikł.
-Podoba mi się, jak mnie poniżasz…
Zaśmiał się.
-Lubisz czuć się zgnojony?
-Tak…
-Jak bardzo? Na razie jestem dla ciebie łagodny, to tylko rozgrzewka.
-Rozgrzewka, Panie? – zląkłem się.
-Zrobię z ciebie kompletną szmatę. Będziesz moją grzeczniutką kurwą, tak?
-Tak Panie! – niemal krzyknąłem, podniecony ta obietnicą.
-Będziesz mi służył na każde zawołanie, jasne?
-Tak jest!
-Na ziemie psie – nakazał.
Posłusznie zwlokłem się z łózka i czekałem na podłodze. On tymczasem stanął w progu i uśmiechnął się.
-Do nogi, psie – zagwizdał.
Zrozumiałem czego oczekuje i poczłapałem do niego, nieporadnie, na czworaka. Jak pies, którym mnie uczynił. Obserwował mnie, zadowolony, i podobało mu się jak robię z siebie grzeczną sukę. Stał nade mną, mój właściciel, nagi, silny, męski, bezwzględny. Nie mogłem nic, czułem że ma pełną kontrolę.
-Wystaw język.
Zrobiłem jak kazał, a on nachylił się i mi na niego napluł. Mela spłynęła na ziemię.
-Co to ma być? – oburzył się – Zlizuj to.
Nie czekając, docisnął mi twarz do podłogi, a ja posłusznie wessałem spienioną białą ślinę.
-Bardzo ładnie. Waruj!
Posłusznie padłem na ziemię. Cholernie jarało mnie bycie jego kundlem, kompletnie się zatraciłem.
Coś zapiszczało i mój nowy Pan poszedł do kuchni, a po chwili wrócił z telefonem, czytając coś na ekranie.
-Sorry, piesku, ale musimy kończyć. Coś pilnego mi wypadło.
-Teraz? Ale ja jestem…
-Wypierdalaj – wrzasnął tak, że od razu zacząłem się ubierać.
Otworzył mi drzwi i złośliwie pomachał na pożegnanie.-Do następnego, suczko – powiedział to w taki sposób, że zrobiło mi się cieplej.
-Zapisałeś mój numer? – upewniłem się.-Jasne, spadaj już – zażartował – I nie łaź tak za obcymi po nocach, sam widzisz jak to się kończy.
-Lepszego końca nie mógłbym sobie wymarzyć – przyznałem.
-Nie, to jeszcze nie koniec… Cześć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.